Moje życie było idealne.
No wiecie, byłam jedną z tych perfekcyjnych, popularnych dziewczyn, których historia toczy się według typowego filmowego schematu.
Kapitan drużyny cheerliderek i koła debatanckiego, jedna z najlepszych uczennic, odtwórczyni głównych ról we wszystkich przedstawieniach. Dziewczyna przewodniczącego szkoły i wice kapitana zespołu koszykarzy. Dostająca od rodziców wszystko czego chciała, a nawet to czego nie chciała. Królowa balu. Z listem przyjmującym na Oxford, którego absolwentem był ojciec, niezmiernie dumny z sukcesu córki.
Sami widzicie. Moje życie przypominało jeden z tych cudownych filmów, w którym włosy nigdy nie są mokre, ludzie śpiewają i tańczą na ulicy i wszystko jest po prostu idealne.
Tyle, że ja wcale tego nie chciałam.
Jedyne czego w życiu potrzebowałam to wolności. Chciałam spełniać własne marzenia i uciec od wizji cudownego życia, przygotowaną dla mnie przez rodziców. Potrzebowałam przygody, zmiany, nowości.
Dlatego kiedy tylko otrzymałam list, informujący o moim przyjęciu do Nowojorskiej Akademii Sztuki Dramatycznej NYADA, która według rodziców miała nie zapewnić mi żadnej przyszłości, bez zbędnego wahania spakowałam się i wykupiłam bilet w jedną stronę prosto do Wielkiego Jabłka, zostawiając dziewiętnaście lat swojego życia za sobą.
Choć tak naprawdę, przysięgam…to właśnie wtedy naprawdę zaczęłam żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz